|
Nic tak nie podnosi chwały generała, jak zwycięstwo w walce.
/gen. USA Omar Nelson Bradley/
Oficerów sztabu, którzy nie potrafią z sobą współpracować, należy usuwać bez względu na ich zdolności. Sztab nie może dobrze funkjonować, jeśli nie tworzy sprawnej rodziny.
/gen. USA George Smith Patton/
• • •
Zajęcia terenowe pamiętnego dnia, kiedy podchorąży Jeden - Marlboro „walczył z gównem” czyli wlazł, wróć, wczołgał się na ekologiczną minę przeciągnęły się z pory przedpołudniowej do przedwieczornej pory. Nasz obiad, kolację zresztą też, zjadły pensjonariuszki zegrzyńskiej świniarni ale pluton 4, pluton pod komendą kaprala Borucha miał większe problemy niż niezjedzony posiłek główny i wieczorowy. Cały pododdział był niesamowicie poobijany i zmęczony. Zabawa z hipotetycznymi snajperami, udawanie „słoników” oraz inne atrakcje zrobiły swoje – ledwo ruszaliśmy się, pokancerowani fizycznie i psychicznie, z poobcieranymi kończynami. Większość ledwo powłóczyła nogami. W takim stanie po zwykłych zajęciach był tylko Marlboro, ale wtedy było inaczej! Tym razem nasz bohater na tle pododdziału specjalnie się nie wyróżniał, może nawet był w ciut, ciut lepszej kondycji fizycznej. Dzięki łaskawości 2-belkowego sadysty nie bawił się jak reszta plutonu w „słoniki” i beznamiętnie człapał „do domu”. Wtedy dowiedzieliśmy się jak kiepska jest nasza tężyzna fizyczna. Najsłabsi, mimo, że koledzy nieśli za nich broń i sprzęt ledwo się ruszali, ciężko dysząc. Daleko, bardzo daleko było nam do Rangersów, spadochroniarzy Legii Cudzoziemskiej czy żołnierzy spec-nazu... Każdy marzył żeby zdać giwerę i graty, doczołgać się do pryczy i zalec. Co prawda o położeniu się na łóżku nie było mowy (w końcu sierżant „Nahujmnieto” miał coś do powiedzenia na kompani), ale pod łóżkiem też jest wygodnie. Szefunio w tym czasie zaczął mieć bliższe kontakty z kapitanową Fiutową, więc delikatność tej kobiety jakoś mu się udzielała (ale bez przesady, wtręt „pisarza wojskowego”, chociaż ze spaniem na „wozach” musielibyśmy poczekać jeszcze 2 czy 3 godziny do ciszy nocnej) pozwolił spamachanemu pododdziałowi wcześniej rozpocząć zasłużony odpoczynek. Tym gestem zyskał niejednego sympatię... „Generał” myślał, że sierżant „Nahujmieto” się złamie i pozwoli... ale nie. Większość, byle jak umywszy się, zasnęła tam, gdzie żołnierz trzyma porządek (jakbyś nie wiedział gdzie to skocz na str. 274, hasło „porządek”). Aby do capstrzyku... a później... Byliśmy niesamowicie zmęczeni i mieliśmy nadzieję na rychłą regenerację naszych organizmów, ale nie wszyscy bez zwłoki mogli i chcieli tę nadzieję od razu zrealizować. Były dwa wyjątki: podchorąży Marlboro musiał wypalić normę, więc zamknął się w kiblu i kurzył... oraz podchorąży Józia - ten to dopiero miał przechlapane! Wypadł mu dyżur podoficera dyżurnego kompanii - musiał się odświerzyć, wyprasować mundur, wyglancować buty i pas i objąć służbę. Godzina W.: 20 zero-zero. Łącznik Józia ledwo „dychał”, przy drugim czołganiu padł jak kawka - teraz ledwo się przemieszczał ze zmęczenia (co by było gdyby mu sztabowcy nie pomogli nieść kałacha z magazynkami?). Służba nie drużba. Rozkaz. Tak jest i ... mimo, że nieprzytomny zasiadł za stolikiem rozpoczynając pracę w charakterze podoficera dyżurnego. W normalnych warunkach taki dyżur to nic specjalnego, siedzi sobie szwejo mający służbę podoficera na kompani w ciepełku, na taborecie przy biurku, od czasu do czasu gdzieś zadzwoni lub ktoś do niego tak samo. Kawusię albo czaj popija jak przełożeni nie widzą, a w nocy najczęściej nie widzą. Czasami (statystycznie, w ciągu dobytą formułkę wypowiada od 3 do 20 razy) składa starszym stopniem meldunek: „podczas pełnienia służby nic ważnego nie zaszło, tylko...” W miejsce kropek trzeba wpisać parę kłamstw (tak zwanych ściemnień). Bo zawsze ktoś jest na lewiźnie albo tam gdzie być nie powinien (na przykład w kantynie podczas czyszczenia broni, albo trzeźwieje w magazynku, bo jakiemuś szwejowi zaszkodziła zimna zakąska). Od przytomności i inteligencji podoficera dyżurnego bardzo dużo zależy. Koledzy zawdzięczają mu spokój po południu albo wręcz odwrotnie, mają alarm mundurowy lub inne jeszcze lepsze atrakcję, po których dochodzi się do siebie przez kilka dni. Taki podoficer podczas nieobecności dowódcy odpowiada za ład, porządek i dyscyplinę na kompanii i w razie jakiejkolwiek zadymy czy poruty jest pierwszy do ukarania, często niesprawiedliwie.
Do dwudziestej trzeciej łącznik Józia jakoś wytrzymał, skontrolował sale żołnierskie - słownie dwie - każda 60 prycz, sprawdził kible, palarnie, magazynki. Przy okazji pogonił do spania podchorążego Marlboro, który (acz niechętnie) rozkaz wykonał. Tego dnia, nocy by zabrakło kompanijnej ofermie, gdyby chciał wykonać zwyczajową normę pięć paczek amerykańskich papierosów firmy Philips Morris. Józia wykorzystując autorytet podoficera dyżurnego jakoś zmusił palacza do spoczynku. Przed północą zadzwonił z meldunkiem do oficera dyżurnego, że na kompani wszystko gra, zaczął pisać notatkę służbową, że podczas pełnienia służby o godzinie 23.45 nic ważnego nie... i film mu się urwał!
O 4 minut 15 roztrzęsiony podoficer dyżurny kompanii 6 podchorąży Józia obudził swój „sztab” niemal z płaczem. Jakiś ciul podczas pełnionej przez niego służby podpierdolił mu zegar, tak zwany zegar czasu operacyjnego. Ogromny okrągły zegar jaki w życiu cywilnym często widzi się na dworcach, czasami skwerkach, ciągach komunikacyjnych - wszędzie tam gdzie przewija się dużo ludzi. Józia już widział oczami wyobraźni ZOK (jak zapomniałeś; zakaz opuszczania koszar), może areszt i na pewno wszelkiego rodzaju szykany robione mu przez kompanijnych podoficerów zawodowych.
Józia natychmiast wrócił na posterunek przy biurku na korytarzu przed wejściem na kompanię, a my w przyśpieszonym tempie ubraliśmy się i zrobiliśmy „naradę wojenną”, co robić? Nie mogliśmy pozwolić, żeby nasz kolega cierpiał przez jakiegoś durnia dowcipasa. Trzeba było tak zadziałać żeby to nie z „ludzi sztabu” śmiała się hołota tylko na odwrót. W tym momencie nie istotne było, kto wymyślił ten „żart”, musieliśmy coś zrobić, żeby łącznik nie poniósł konsekwencji. „Generał” przypomniał sobie, że przed stołówką żołnierską wisi taki zegar. Przyśpieszonym marszem patrol oficerski w składzie „generał” Pepe Piasecki i sztabskapitan Marek Lewanderski osiągnął rubież stołówki, błyskawicznie zaanektował zegar i wycofał się na z góry upatrzoną pozycję, czyli na swoją kompanię.
Zawieszenie zegara zajęło nam sekundy i z poczuciem wykonania dobrego kawału (nie mylić z dowcipem wtręt „pisarza wojskowego”) żołnierskiej roboty poszliśmy dalej spać, z satysfakcją, że nasz człowiek i nasz przyjaciel nie poniesie żadnej konsekwencji. (Tak uważaliśmy, słusznie zresztą.) Czas operacyjny na nowym zegarze był 4.59 jak poszliśmy „dalej kontynuować”przerwany sen. Szczęśliwy Józia, że mu się upiekło przygotowywał się spokojnie do pobudki kompani i do składania meldunku kapitanowi Szadkowskiemu, dowódcom plutonów i oczywiście szefowi kompanii - jajcarzowi „Nahujmnieto”.
Pierwszy przyszedł szefunio, świeżutko ogolony, uśmiechnięty, jak zawsze elegancki. Sierżant zadowolony z siebie, taszczył kompanijny zegar, nie patrzył na „czas operacyjny” tylko na twarz łącznika (tak opowiadał Grzesio) i przyjmował meldunek . Józia już wiedział, kto miał być autorem jego kłopotów, ale zrobił pokerową twarz udając, że nie wie o co chodzi: Obywatelu sierżancie, podoficer dyżurny 6 kompanii, starszy szeregowy podchorąży Józia Grzegorz melduję, że podczas pełnienia przez niego służby nic ważnego nie zaszło (w myślach Grzesiek do siebie mówi i pęka ze śmiechu, też wewnętrznie, inny meldunek - podczas pełnienia służby żadna curwa nie podpierdoliła zegara, żeby później nad niewinnym i zmęczonym żołnierzem się pastwić...) Sierżant „Nahujmnieto”, dalej uśmiechnięty, dalej zajebiście zadowolony z siebie, patrząc na podoficera dyżurnego powiedział i zapytał się:
– Dziękuję wam! Ale, ale, Józia, która jest godzina? Starszy szeregowy podchorąży Józia z kamienną twarzą, udając, że nie wie o co chodzi, że nie widzi pod pachą szefa bliźniaczego zegara, pewnym żołnierskim głosem powiedział:
– 5.47 i trzynaście sekund..
W tym momencie uśmiech zamarł na wargach przełożonego, sierżant z żołnierza przeniósł wzrok na zegar, którego miało nie być i... Kinderüberaszung i porażka! Kto by się tego spodziewał...
– „Skąd do huja ojca ten zegar jak go osobiście zdjąłem o 2-iej w nocy...” - pomyślał.
Jak zwykle, znowu „sztab” - w tym przypadku łącznik Józia - spadł jak kot na cztery łapy, mogło się skończyć smutno, a tylko było kupę śmiechu...
Jak już używam nomenklatury kociarskiej („pisarz wojskowy”), szef miał minę zbitego kota (nie psa) nie wiedział, że na kompani wisi zegar stołówkowy, ale to już inna bajka...
Ciąg dalszy zegarowej historii...
Szef żołnierskiej kuchni, chorąży sztabowy Mączka Marian, przychodząc na służbę o 6.00 oniemiał widząc puste miejsce i kurzowy ślad po zegarze operacyjnym. Obawiał się nieprzewidywalnych reakcji pułkownika Ciastka. Wezwał kaprala Okarynę, pomocnika kucharza i agenta do specjalnych poruczeń... Wspólnie ustalili skąd wykombinować zegar. Było kilka możliwości:
A) Zegar w sztabie WOSWŁ;
B) Zegar w Biurze Przepustek;
C) Zegar w gabinecie dowódcy szkoły WOSWŁ, pułkownika M.;
D) Zegar na korytarzu przed Izbą Pamięci WOSWŁ.
Po krótkiej, konkretnej dyskusji stwierdzili, że jedynym miejscem, gdzie można szybko i bezkarnie zdjąć zegar jest korytarz. Punkt D.
Kapral Okaryna swoim tajemnym sposobem wszedł w posiadanie tego chronometru. O godzinie 7.00 podczas śniadania nikt poza zainteresowanymi nie wiedział, że nie jest to zegar oryginalny, ale wyglądał jak...
Brak zegara przed Izbą Pamięci nikogo jakoś nie zdziwił... Może w tym miejscu czas operacyjny jest nieistotny... a może historycy też jakiś zorganizowali czytaj ukradli... później rozeszło się wszystko po kościach.
Pomocnik szefa 6 kompani podchorąży szeregowy Lewek, zaprzyjaźniony z „Generałem” i całym „sztabem”, jeszcze tego samego wieczoru ze śmiechem opowiadał, jak nieszczęśliwy był szefunio z powodu nieudanego żartu... Sierżant „Nahujmnieto” miał zwyczaj gospodarskich wizyt o różnych komicznych porach, najczęściej po północy albo wczesnym świtkiem (oczywiście bez zapowiedzenia, żeby było bardziej wesoło i sympatycznie na jego ulubionej kompanii).
Autor: Pepe Piasecki
Rozdział z książki "Generał", do kupienia na: www.general.pepepiasecki.pl |