|
(ciut inspirowane Okudżawą)
Raz w pewnym kraju sobie żył
wódz dzielny i zawzięty,
co chciał sąsiada rozbić w pył,
bo miał resentymenty.
Choć zmieniać świat i zwalczać zło
niezmiennie był on gotów,
to ten i ów uważał go
(wraz z bratem) za idiotów.
Choć sąsiad mógł zakręcić gaz
i przykryć kraj uszanką,
wódź brzytwę ostrzył wciąż o pas,
co miał ją przeciw tankom.
Więc nie ujawniał przed nim sztab
tajemnic swych wojskowych,
by nie pchał do nich swoich łap
człek aż tak słabej głowy.
Cierpliwie czekał wielki wódz,
aż się doczekał chwili,
by na wojenkę ruszyć móc
w obronie Saakaszwili.
I wezwał naród z całych płuc,
by stawiać kosy sztorcem,
i by na Smoleńsk, Witebsk, Łuck
pod jego iść proporcem.
Na wieść, że w bój wyrusza wódz,
aż zadrżał Kreml w posadach.
To z Miedwiediewem Putin buc
ze śmiechu się pokładał.
Aż zapomnieli przez ten śmiech
zakręcić kurek z ropą
i wziął ich żywcem Wielki Lech,
i trzymał pod swą stopą.
I pognał ich za Ural precz
pod knutem i nahajem,
a czwarta Pospolita Rzecz
podbiła Kreml za frajer.
A odzyskawszy Ruś, wódz rzekł:
- W słowiańskiej tej dzierżawie
bądź carem aż po wieków wiek,
mój bracie Jarosławie!
Tu mógłby koniec pieśni być,
lecz dzięki tym geniuszom,
wciąż się eposu ciągnie nić,
bo wkrótce znów w bój ruszą.
Wszak gdy jednego wroga wódz
wykończył już za Bugiem,
to wnet wyruszy wroga stłuc,
co jest po stronie drugiej.
Ze Szkopem szkopuł będzie wszak,
gdy Berlin wódz odzyska,
bo już trzeciego brata brak
do wzięcia stanowiska.
Więc kogóż wsadzi na tron tam,
gdy Szwabom nosa utrze?
Wódz koronować da się sam,
a kraj - zostawi Putrze...
Autor: Marek Prusakowski
13.08.2008 |